Surrealizm? Nie lubię takiego upraszczania... - rozmowa z Ryszardem Horowitzem
Wspomniał Pan kiedyś, że nie chciałby się "zamknąć" do końca swej twórczości w elektronice... Pomimo, że świadomie kiedyś zamienił Pan ciemnię fotograficzną na komputer... Czyżby nadszedł czas powrotu do fotografii tradycyjnej?
Ryszard Horowitz: - Myślałem o tym w trochę w innym kontekście. Od fotografii tradycyjnej nigdy nie odszedłem. Zawsze mnie interesuje. Mówiąc, że nie chcę się zatrzymać w elektronice, miałem na myśli, że może w przyszłości będzie coś innego. Czyli patrzę do przodu, wychodząc z założenia, że trzeba być gotowym na wszystko. Trzeba wszystkiego doświadczyć. W tej chwili nie ma żadnego znaczenia, czy korzysta się z tradycyjnych technik, czy nie. Najważniejszą rzeczą jest efekt końcowy, to co dana osoba ma do powiedzenia. Nie sam warsztat decyduje, nie decyduje to czy ktoś używa takiego czy innego aparatu, takiego czy innego obiektywu. To nie ma żadnego znaczenia. W ciągu ostatnich paru lat elektronika posunęła się do tego stopnia, że firmy, które przygotowują sprzęt, ułatwiły osobom mającym jakieś problemy z przystosowaniem się do technik cyfrowych. Firmy te wyprodukowały aparaty wyglądające prawie identycznie jak te tradycyjne. Ja np. używam teraz aparatu Canona, który ma te same obiektywy, co tradycyjny, a zasady fotografowania nim są identyczne jak w aparacie tradycyjnym. Jedyna różnica to elektroniczna rejestracja obrazu zamiast zapisu na błonie celuloidowej. Pytanie jest następujące: co robimy z tym fantem dalej? W jaki sposób ten materiał reprodukujemy? Dla osób, które kochają tradycję, drukarki są w stanie symulować i doprowadzać do efektów tak zbliżonych do fotografii tradycyjnej, że trzeba lupę przyłożyć do tego, by ta różnica była zauważalna.
Wywiad


