Któregoś dnia postanowiłem, że zabieram się za album "Akt". Jedynym aparatem, jakim wtedy dysponowałem był małoobrazkowy analog (kiedyś trzeba będzie przypominać, że dawno, dawno temu były takie aparaty, do których wkładało się film światłoczuły uchylając takie drzwiczki w tylnej części korpusu). Na pierwszych sesjach trzeba było modelce zaczynać od opowiadania bajek na temat planowanej sesji w oparciu o rysunki. Oj, przydatny był wtedy szkicownik i sporo wyobraźni po stronie modelki. Zaraz po sesji niezbędne okazywały się umiejętności laboranta, trzeba było wywołać nawet kilkanaście filmów, zrobić stykówki, wybrane ujęcia opracować i powiększyć, by wreszcie zeskanować to, co nadawało się z sesji jako materiał do tego projektu. W rezultacie modelka z niecierpliwością oczekiwała na efekty sesji, podczas gdy fotografo-rysownikowi nie brakowało ciemniowych zajęć. Planowałem sporo sesji i dosyć szybko pomyślałem o zakupie cyfrówki. Wybór nie był łatwy, gdyż nie było jeszcze mowy o cyfrowej lustrzance, a dostępnych było tylko kilka modeli kompaktów od różnych producentów. Po wypożyczeniu i przetestowaniu tych aparatów zdecydowałem się na aparat Olympusa. Sesja nareszcie zmieniła się w zajęcie polegające na robieniu zdjęć! Od tamtej chwili rysuję tylko wtedy, kiedy przyjdzie mi na to ochota, o ciemni i skanerze zapomniałem, a laboratorium odwiedzam z płytą kompaktową.

Cały artykuł

Źródło: fotopolis.pl